Nie podoba mi się, kiedy autor opowiada o tym, jak jego bohater poszedł z pięściami na bandytów aż mało co go nie zasztyletowali. Dzieci to potem czytają, ale same na bandytów nie pójdą, bo się boją. Po takich książkach czują się niepełnowartościowe w porównaniu z takim bohaterem.”

 

Słynny pisarz literatury dziecięcej opowiada o swoich dziecięcych doświadczeniach i dorosłych lękach.

 

Książki mojego życia

 

- Od jakich książek zaczęła się pana przygoda z czytaniem?

 

- We wczesnym dzieciństwie żadnego czytania nie było. Wojna, zniszczenie... Wszystkie dzieci ewakuowano. Książki zaczęły się pojawiać dopiero w latach 50-tych, a ja zainteresowałem się nimi w 7 klasie. Poszczęściło mi się, bo mój ojczym lubił książki. Kupował zbiory opowiadań, wstawiał je do szafy i zamykał na kłódkę.

 

- Dlaczego?

 

Żebyśmy tych książek nie brali i nie posprzedawali gdzieś. Nie kupował ich do czytania, tylko jako inwestycję. Razem z bratem odsuwaliśmy szafy, wyciągaliśmy tylną ściankę i sięgaliśmy po nie. To właśnie było moje główne okno na literaturę. Przeczytałem wtedy Pracowników morza i Nędzników Hugo, Ostatniego Mohikanina Coopera, Jeźdźca bez głowy Mayne Reid'a. Oprócz tego absolutnie wszystko Dumasa, potem Mérimée, Maupassanta...

 

- Co zrobiło na panu największe wrażenie?

 

- Krokodyl Giena

 

- Do krokodyla Gieny jeszcze daleko. Ciekawi mnie w jakich dżunglach się on pojawił?

 

- Za najważniejszą książkę swojego dzieciństwa uważam zbiór opowiadań Louis Jacolliot W dżunglach Indii. Są to przygody angielskiego oficera, w których bractwo Thugów, wyznawców krwawej bogini Kali, sieje zniszczenie. Za to bractwo duchów wód niesie pomoc. Pamiętam taki epizod, w którym wrogowie chcieli zburzyć jakąś świątynię hinduską. Kiedy rzucili w nią kilofem, ten zakręcił i zabił samego rzucającego, dlatego więcej nie zbliżali się do świątyni. Takie rzeczy występują tam na każdym kroku. Wielu instruktorów pionierskich, znając tę książkę, zabierało ją ze sobą na obozy i czytało dzieciom przed snem. To był najlepszy sposób na zaprowadzenie dyscypliny.

 

- Przygody w dalekich krajach – wszyscy mali chłopcy przechodzą przez tę fascynację.

 

- To co przede wszystkim urzekało w książkach, to romantyzm, przygody, wiara w przyjaźń, szacunek dla ojczyzny, szacunek dla matki, dla kobiety – takie postulaty.

 

- Kto był pana bohaterem?

 

- Miałem bohatera kolektywnego. Był romantyczny, śmiały, nieustraszony... Gavroche, który poszedł na barykady. Jean Valjean, który ukradł srebrne łyżki, kiedy uciekał z katorgi, a wybaczył mu ksiądz, któremu te łyżki ukradł. Także moneta, która rozkręca się, a leży w niej ostra piła. Ogromnie lubiłem takie detale. Właśnie teraz, podczas naszej rozmowy, przypomniałem sobie dokładnie, która z książek była moją ulubioną. W zasadzie cały czas nią pozostaje. Brehm! Do dziś pamiętam wszystkie jego opowiadania o zwierzętach. W Brehmie dla młodzieży pisał o najciekawszych epizodach z życia zwierząt. Za to w Brehmie dla uczonych pisał o długości jelit, położeniu wątroby, klasyfikacji itp. Kiedy zachorowało któreś z twoich zwierzaków, to można było zajrzeć do książki i znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego.

 

- Czy to dalej jest dla pana aktualne?

 

- Zawsze miałem zwierzęta. Teraz mam cztery papugi: dwie nimfy, rozellaę i tego oto przystojniaka żako. Swoją drogą Brehm dobrze o nim pisał. Okazuje się, że to całkiem drapieżne zwierzaki. Kiedy są głodne, siadają na owcach i wydziobują im kawałek ciała. Mam też legwana, a także psy, kury i kruka.

 

- A dlaczego kruka?

 

- W moim domu zawsze mieszkał kruk. Poprzedni żył cztery lata i odleciał, kiedy śnieg spadł z dachu i zniszczył wolierę. Teraz mam nowego, ale nie jest lekko. Nie mogę zrozumieć jego charakteru. Wlatuje do pokoju, zaczyna wszystko chwytać, dajesz mu jedzenie, a on bierze, ale musi dziobnąć cię w palec, aż do krwi.

 

- A inne książki, nie o zwierzętach?

 

- Kiedy byłem starszy, zainteresował mnie Martin Eden z jego pragnieniem wybicia się. Nie rozumiałem, jak tak można, być żebrakiem i w mgnieniu oka zostać bogaczem. To bardzo romantyczne. To, co u nas częściowo się nakreśla, ale w żadnym stopniu nie zaszczepia. U nas póki co czerpie się z gorszej strony tamtych czasów: nikomu nie płacić, książki nie propagować, patrzeć na książkę tylko jak na źródło dochodu. Szkoda mi młodych pisarzy. Teraz nawet geniusz się nie przebije, dlatego, że jego książkę wydadzą nakładem 5 tys. egzemplarzy. Przecież wydać książkę takim nakładem to tak, jakby zdusić człowieka na starcie.

 

- Czyta pan któregoś ze współczesnych pisarzy?

 

- Niewiele teraz czytam. Przede wszystkim dzienniki i wspomnienia, które wpadną mi w ręce. Ostatnie trzy tomy, które napisał Sarnow Stalin i pisarze. Niedawno czytałem pamiętniki Nagibina. Pamiętniki Czukowskiego – Boże, coś niesamowitego! Za każdym razem, jestem pod wrażeniem tego, jakie rzeczy można przejść i nie stracić twarzy. Traktuję te książki z ogromnym szacunkiem. Wojnowicz nie dość, że jest dobrym pisarzem, na pewno numer jeden zaraz po Sołżenicynie, to jeszcze jest moim sąsiadem i przyjeżdża czasem na ryby. Czytam wszystko, co wyszło spod jego pióra.

 

- Kim dla pana jest pisarz?

 

- Każdy pisarz jest nauczycielem. Ja też nim jestem. Wszystko, co mam przekazuję ludziom – przyjaźń, koleżeństwo, wierność. Tylko, że ja, oprócz tego, głoszę, że należy być niestandardowym, trzeba chuliganić. Tak jak mój najnowszy bohater Oranżyk cały czas się buntuje.

 

- Wielu jest niestandardowych bohaterów w literaturze.

 

- Są tacy. Dyl Sowizdrzał – te jego wszystkie psoty i piosenki, kiedy prowadzili go na szafot. Baron Münchhausen odznaczył się swoją niezręcznością i wesołym idiotyzmem. Był zaprzeczeniem wszelkich standardów. Mam taką powieść Snog Nagołow. On także jest wbrew zasadom, tylko że w przeciwieństwie do Münchhausena, on swoje szalone pomysły wprowadza w życie. To właśnie jest najcenniejsze. Książe i żebrak to znakomita książka. Niektórzy posiadają dar wprowadzenia czytelnika w atmosferę, w której żyje bohater. Razem z Arkadijem Chartem pisaliśmy scenariusz według mojej książki W dół magicznej rzeki. Chcieliśmy stworzyć taki film, żeby oglądając go dzieci miały poczucie, że się w nim znajdują. Dodaliśmy do rosyjskiego folkloru elementy westernu, ale cenzura zrobiła ciach-ciach i z siedmiu wariantów scenariusza, które napisaliśmy, pozostała wersja zupełnie okrojona. Pomimo to film był całkiem popularny. Nazywa się Tam, na nieznanych ścieżkach. Nie każdy pisarz tak potrafi.

 

- Nawet Juliusz Verne nie potrafił, w jego powieściach jest wiele spekulatywności. 10 lat temu wymyśliłem audycję radiową Klasyka w pół godziny, w której wybitne osobistości opowiadały o swojej ulubionej książce. Wtedy sam sięgnąłem po Pisiemskiego, przeczytałem Tysiąc dusz także byłem pod wrażeniem tego, jak wprowadza on czytelnika w atmosferę prowincjonalnego miasteczka. Jednak pisarzem, który najlepiej potrafi zatopić w atmosferze jest Iwan Afansjewicz Kuszczewski i jego powieść Mikołaj Niegierow, lub szczęśliwy Rosjanin.

 

- Zapomniany pisarz?

 

- Tę książkę polecił mi mój przyjaciel Fin. Dosyć często sięgam po nią na nowo. Akcja dzieje się w najpomyślniejszym okresie XIX wieku, kiedy gimnazja i uniwersytety otwierano w prowincjonalnych miasteczkach, a młodzież nie została jeszcze przejęta przez idee rewolucji. Według mnie jest to wielka powieść. Gdyby to zależało ode mnie, dał bym jej miejsce na podium.

 

- Dlaczego nikt jej nie zna?

 

- Nie wiem. Kuszczewski był synem kupca. W latach 30 zapił się i umarł. Napisał kilka opowiadań i tę oto książkę. Śledzi w niej losy trzech osób w okresie 10-15 lat. Dwóch braci i jednego syna księdza. Nie potrafię wyjaśnić, co dokładnie tak mocno urzeka mnie w tej powieści, jednak to coś jest jak czary.

 

- Utwory drugoplanowych pisarzy podobają się panu bardziej niż oficjalnie uznana klasyka?

 

- Obawiam się, że tak. Pisiemski jest dla mnie bardziej interesujący niż Tołstoj. Ten pisze jakichś bitwach i innych wielkich rzeczach, a tamten spokojnie opowiada. Nagle zaczynasz współodczuwać z ludźmi, o których pisze i żyć razem z nimi. W przedmowie do powieści Kuszczewskiego napisano, że rosyjscy czytelnicy najbardziej cenią sobie elitę: Tołstoja, Dostojewskiego, Turgieniewa, za to Niemcy wolą tych średnich pisarzy. Dlaczego? Wielki pisarz jest od wielkich rzeczy, od elit. Przecież zawsze będzie nas ciekawić i byt i z pozoru nieznaczące sytuacje – codzienne ludzkie sprawy. A to zazwyczaj najlepiej opisują ci średni pisarze. Nie ma u nich przesady czy naciągniętych za uszy motywacji. Jest dla ciebie jasne, że tak i tylko tak mógł postąpić bohater. Uwielbiam, kiedy autora nie czuć, kiedy bohater żyje sam, a nie jak marionetka.

 

- Niedawno Diana Arbienina opowiadała, z jakim zapałem czytała książki Krapiwina. Co pan o nim sądzi?

 

- Dzieci dużo go czytają. Jednakże, nie podoba mi się, kiedy autor opowiada, o tym jak jego bohater poszedł z pięściami na bandytów aż mało co go nie zasztyletowali. Dzieci to potem czytają, ale same na bandytów nie pójdą, bo się boją. Po takich książkach czują się niepełnowartościowe w porównaniu z takim bohaterem.

 

- Ma pan swoją ulubioną książkę o miłości?

 

- Tymi sprawami się nie martwiłem. Kiedyś napisano o mnie, że „Uspienskij to racjonalista, który podszywa się pod emocjonalistę”. Problemy miłosne w książkach mnie nie pociągają.

 

- Co powinno być w powieści, żeby pana zachwyciła?

 

- Fabuła i bohater. Mówi się, że Wujek Stiopa Michałkowa, to dopiero wiersz! Taki sobie ten wiersz. Nie ma w nim tego, co najważniejsze, czyli fabuły i bohatera. Wujek Stiopa jest długi i to wszystko. Nie ma słowa o tym, czy jest skąpy, szczodry, mściwy...

 

- Jest on dobry i wszystkim pomaga...

 

- Dobrym może być i zabójca. To nie jest charakterystyka tylko koloryzowanie. Dlatego też cała książka nie trzyma się kupy. Za to wydawano ją po 16 egzemplarzy rocznie i zalewano nią całe rodziny. Do tej pory pozostaje w pamięci, chociaż już coraz mniej. Mało kto czyta ją teraz swoim dzieciom. Mam takie książki, którymi mogę się pochwalić. Np. Burienuszka. Krowa jedzie na wystawę, spóźnia się, auto się psuje, więc wiozą ją metrem. Ile przygód się dzieje w trakcie tej podróży. Na koniec szczęśliwie zdąża.

 

- Hemingway?

 

- Nawet Notatki Michaiła Kolcowa lepiej jest czytać niż Ruchome święto Hemingwaya.

 

- A Słońce też wschodzi, Komu bije dzwon, Pożegnanie z Bronią?

 

- To wszystko dziennikarstwo. Nie ma tam literatury.

 

- Remarque też?

 

- Remarque to dobry pisarz. U niego właśnie znajduję to, co mi się podoba: detale bytu, fabułę i zrozumienie relacji pomiędzy bohaterami.

 

- O. Henry?

 

- Świetny pisarz. Posiada on kombinację wszystkiego, co kocham: wyraźną fabułę i atmosferę. Jerome to też świetny pisarz. Mimo to, Kuszczewski ma u mnie pierwsze miejsce.

 

Tłumaczenie: Karolina Mieczkowska

 

Państwo: 

Dodaj komentarz

Zwykły Tekst

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.